POLNISCHE ZWANGSARBEITER IN BRANDENBURG

Franz Ruben kommt 1941 vom Landjahr in Ostpreußen auf den Hof der Eltern zurück, auf dem inzwischen ein polnischer Zwangsarbeiter beschäftigt ist:

"Wir hatten zu Hause das einzige Telefon aus dem Dorf. Das ganze Dorf kam telefonieren. Auch aus dem Nachbardorf kam zwei, drei Mal die Woche der Lehrer, der war Ortsgruppenleiter. Von Kasel nach Luckau hats 20 Pfennig gekostet, von Zauche nur einen Groschen; das hat ihn bewogen, nach Zauche zu radeln. Und ich kann mich erinnern, im Jahr 1941, da kam er mal um die Mittagszeit und klopfte an, guckte rein und dann sah er nun, daß wir alle am Tisch saßen, auch der Pole mit dem "P". Und dann hat er telefoniert und dann hat er nachher gerufen: "Herr Ruben, dürfte ich Sie mal bitten rauszukommen", der Vater ging dann in die Wohnküche und da hörte ich bloß wie mein Vater antwortete: "Nee wissen Sie, hier auf dem Dorf, wir sind einfache Menschen hier, Bauern, und wenn wir den ganzen Tag zusammen arbeiten, dann ist das so üblich - schon immer, ganz gleich mit wem - wenn wir zusammen arbeiten, dann essen wir auch zusammen." Der Ortsgruppenleiter hat sich dann verabschiedet, und seitdem ist er nie mehr reingekommen, denn der hätte das melden müssen. Aber wie das so ist auf dem Dorf, jeder kannte jeden, und da ist er immer an die Hintertür gekommen, hat ans Fenster geklopft und gefragt, ob er telefonieren kann, und dann das Geld hingelegt.

Wir haben uns nicht viel draus gemacht, daß das verboten war, sich mit den Polen zusammenzusetzen. In größeren Döfern war das anders. Bei meinem Großvater im Dorf waren ganz viele kleine Grüppchen. Bei uns war man eine Gruppe, da kamen wir mal zu denen, und mal zu denen um am abend zu klönen. Die Polen zusammen und die Mädchen aus Oberschlesien, die kamen oft zu uns. Wir hatten ein bißchen mehr Platz. Da saßen wir alle vor dem Haus auf der Treppe, und die haben erzählt."

Franz Ruben, Interview 1994

     

POLSCY PRACOWNICY PRZYMUSOWI W BRANDENBURGII

Wiosną 1941 r. Franz Ruben wraca z rocznych robót na wsi w Prusach Wschodnich na gospodarstwo swoich rodziców, w którym w międzyczasie zatrudniono polskiego robotnika przymusowego:

"Jako jedyni we wsi mieliśmy w domu telefon. Cała wieś przychodziła, by dzwonić. Też z sąsiedniej wioski dwa, trzy razy w tygodniu przychodził nauczyciel, był on gruppenleiterem w naszej miejscowości. Z Kasel do Luckau kosztowało 20 fenigów, z Zauche jeszcze grosz; dlatego jeździł rowerem do Zauche. Ja też jeszcze pamiętam, jak w roku 1941 przyjechał koło południa i zapukał, zajrzał do środka i widział tylko, jak siedzimy wszyscy przy stole, też ten Polak z literą »P«. I później telefonował, a potem krzyknął »Panie Ruben, czy mógłbym poprosić Pana o wyjście?« - ojciec wyszedł do izby kuchennej, i słyszałem tylko, jak odpowiadał: »Nie, wie Pan, tu na wsi, my to prości ludzie, chłopi, i kiedy cały dzień razem pracujemy, to jest to w zwyczaju - tak już było zawsze - wszystko jedno z kim, to i jemy wszyscy razem.« Gruppenleiter pożegnał się wówczas i od tego czasu nigdy już nie wszedł, bo on to musiał zgłosić. Ale jak to bywa na wsi, wszyscy się znali, a on zawsze zakradał się do tylnego wejścia, pukał do okna i pytał, czy może zatelefonować, a potem kładł pieniądze.

Nie robiliśmy sobie z tego wiele, że przesiadywanie razem z Polakami było zabronione. W większych wsiach to było inaczej. U mojego dziadka na wsi było dużo małych grupek. U nas też była kiedyś jedna grupka, to poszliśmy raz do tych, raz do innych, by wieczorem pogawędzić.Razem Polacy i dziewczęta z Górnego Śląska, oni często do nas przychodzili. Mieliśmy trochę więcej miejsca. I siedzieliśmy przed domem na schodach, a oni opowiadali."

Franz Ruben, wywiad 1994 r.