Dieser Text stammt aus dem Austellungskatalog:
"Wach auf mein Herz und denke!" - Zur Geschichte der Beziehungen zwischen Schlesien und Berlin-Brandenburg
"Przebudz się, serce moje, i pomyśl" - Przyczynek do historii stosunków między Śląskiem a Berlinem-Brandenburgia
Hrsg.: Gesellschaft für interregionalen Kulturaustausch - Berlin / Stowarzyszenie Instytut Śląskie - Opole
Berlin-Oppeln 1995, ISBN 3-87466-248-9 sowie ISBN 83-85716-36-X

Inhaltsverzeichnis
 

"REPATRIIERUNG" AUS DEM SOWJETISCH GEWORDENEN OSTPOLEN
"Repatriacja" z przyłączonej do Związku Radzieckiego Polski wschodniej

 

ZWISCHEN ZBRUCZ UND ODER (I)

"Borszczów, ein typisches Städtchen dieser Region - ein Landratsamt, eine katholische und eine orthodoxe Kirche, die Synagoge, zig Läden, große Magazine des staatlichen Tabakmonopols, eine Bahnstation, die Grenzschutzstelle, ein Krankenhaus, die Schulen: eine ukrainische, eine polnische, ein Gymnasium; ein Elektrizitätswerk und ein neues Haus 'Narodnyj Dom', in dem sich das Leben der Ukrainer konzentrierte. Hier wirkten legale und illegale ukrainische Organisationen, 'Sicz' und 'Lug'. Die Einwohner waren auch typisch für diese Region - Ukrainer, Polen, Juden. Die vermischten Rassen und Nationalitäten lebten jahrelang friedlich miteinander. Es gab Dörfer, in denen die Polen und Ukrainer je die Hälfte der Bevölkerung bildeten. Oft war die Teilung eindeutig und sichtbar. Wenn die Polen rechts vom Wege ihre Häuser erbauten, da hatten die Ukrainer ihre links. Das bedeutete aber durchaus nicht, daß zwischen ihnen Antagonismus herrschte. Dieser war bis 1939 nicht zu spüren, und Mischehen gab es sehr viele. Erst die weitere Entwicklung hat den eher konventionellen Teilungen eine tragische Symbolik verliehen."

MIEDZY ZBRUCZEM I ODRA (I)

"Borszczów - typowe miasteczko kresowe - starostwo, kościół, cerkiew, synagoga, kilkadziesiąt sklepów, duże magazyny Polskiego Monopolu Tytoniowego, stacja kolejowa, placówka Korpusu Ochrony Pogranicza, szpital, szkoły: ukraińska, polska, gimnazjum, elektrownia i nowy, okazały 'Narodnyj Dom', w którym się skupiało życie kulturalne Ukraińców. Tu działały legalne i nielegalne organizacje ukraińskie 'Sicz' i 'Lug'. Mieszkańcy też jak na kresach - Ukraińcy, Polacy, Zydzi. Wymieszane rasy, narodowości żyły obo siebie przez całe lata. Były wsie, gdzie ludność polska i ukraińska równoważyły się i wieś w połowie była polska, a w połowie ukraińska. Często podział ten był bardzo charakterystyczny i jednoznaczny. Polegało to na tym, że jeżeli po prawej stronie drogi budowali się Polacy, to po lewej mieli swe domy Ukraińcy. Nie świadczyło to wcale o antagonizmach obu narodowości. Tego do roku 1939 nie odczuwało się, a małżeństw mieszanych było bez liku. Dopiero dalsze wydarzenia nadały tym, raczej umownym podziałom tragicznego symbolu."


Zygmunt Sobolewski
 
Repatrianten auf dem Bahnhof Kattowitz-Ellguth
"Repatrianten" auf dem Bahnhof Kattowitz-Ellguth, Juli 1945
"Repatrianci" na dworcu w Katowicach-Ligoncie w Lipcu 1945 r.
 

AUF DEM WEG DER WANDERER

"Bald wurde eine Wagenkolonne geformt. Die Einwohner von Sadowa Wisznia machten sich auf den Weg. Ebenso die, die im Laufe der Kriegswirren dort ihren Platz gefunden hatten. [...] Die Wagen wurden von Armisten auf Pferden umzingelt. Sie sollten uns vor den Barbaren schützen, daß wir unterwegs nicht ermordet werden würden. Ziemlich lange standen wir vor der Grenzschranke in Medyka, jetzt war dort die polnisch-russische Grenze. Die Russen durchsuchten die Wagen, angeblich nach Waffen. Bei dieser Gelegenheit raubten sie alles, was da war: von Kostbarkeiten - wenn jemand noch etwas versteckt hatte, bis zu sämtlichen Dokumenten [...] In Przemysl kam es damals zu einer Ansammlung aller Flüchtlinge, die vor den vernichtenden Horden geflohen waren. Dort sammelte sich die Bevölkerung aus Ostgalizien, aus Podolien und Wolhynien, und wartete auf den Eisenbahntransport nach Westen [...] Wir haben zwei Monate in Przemysl gewartet [...] Der Transport wurde mehrere Male beschossen, man sah die Spuren der Kugeln. Auf der Bahnstation Kattowitz-Ellguth wurden wir, direkt auf dem Gleis, aus dem Transport ausgeladen. Die Menschen mit ihrem ganzen Besitz, aus Städten und Dörfern, mit Vieh und Bettzeug, mußten alles aus den Waggons herausschmeißen [...] Wieder wurden Waggons bereitgestellt, wieder Einladen. Verschiedene Menschen aus verschiedenen Gegenden aus den Wojewodschaften Lemberg, Stanislau und Tarnopol [...] Der Zug führte uns in eine unbekannte und fremde Gegend. Am Horizont waren Berge zu sehen."

NA TULACZYM SZLAKU

"Niebawem uformowano kolumnę wozów. Wyjeżdżała Sądowa Wisznia i ci z wojennej tułaczki, którzy znaleśli się w Sądowej Wiszni. [...] Kolumnę wozów otoczyli armiejcy na koniach. Mieli nas strzec przed dziczą, aby nas bezbronnych po drodze nie wymordowano. Dość długo staliśmy przed szlabanem granicznym w Medyce, teraz tam była granica polsko-rosyjska. Ruscy szukali podobno na wozach broni. Przy okazji wszystko rabowali, począwszy od kosztowności, jeśli takie ktoś zdołał uchować, a skończywszy na wszystkich dokumentach. [...] Przemyśl w tym czasie był zbiorowiskiem wszystkich uciekinierów, uciekających przed wyniszczającymi mordami. Zatrzymywała się tam cała ludność Galicji wschodniej, Podola, i Wołynia oczekując na transport kolejowy na zachód [...] Na transport w Przemyślu czekaliśmy dwa miesiące [...] Kilka razy transport był ostrzeliwany, były ślady kul. Na stacji Ligota-Katowice, wprost na torach, wyładowano nas z tego transportu. Ludzie z całym dobytkiem miastowi i ze wsi, z bydłem, z piernatami, misieli wszystko wywalać z wagonów [...] Znów podstawiono Wagony, znów załadunek. Różni ludzie z różnych stron województw lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego [...] Pociąg wiozł nas w nieznane i obce strony. Na widokręgu zaczęły pojawiać się wysokie góry."


Edward Gil
 
Evakuierungskarte
Evakuierungskarte für die "Repatriierung" nach Polen
Karta ewakuacyjna do "repatriacji" do Polski
 

ZWISCHEN ZBRUCZ UND ODER (II)

"Ringsum, auf beiden Seiten des Weges, ganze Felder von vollem, reifem Getreide mit schweren ähren. Niemand erntete es, weil überall Tafeln mit der Aufschrift 'Minen' stehen [...] Wir fahren an Altenrode vorbei. Dunkelheit bricht schon herein, als wir an einem Gut ankommen. Auf dem Hof läßt man uns ausladen. Die Frauen protestieren, ihnen gefällt es hier gar nicht [...] Am nächsten Tag bereiten wir uns auf den weiten Weg vor. Wir fahren ziemlich lang. Wir fahren in ein Dorf. Auf dem Eingangschild steht der Name 'Krollwitz'. Auf Polnisch heißt das 'Krolice', später 'Królikowice'. Wir fahren in einen Hof hinein. Aus dem Haus kommt ein korpulenter Mann in sauberem Drillich heraus. Hinter ihm eine kleine Frau, neben ihr ein Junge in meinem Alter mit einem Hund. Klein und zottelig. Er - der Eigentümer dieses Bauernhofes, der Brunnenbauer Josef Teisler, sie - seine Frau - und ihr Sohn Wena. Wir laden ab und tragen unseren Kram 'nach oben'. Die Eigentümer belegen noch zwei Zimmer und die Küche unten. In 'unser Fenster' hängen wir eine weiß-rote Fahne. Das war das Zeichen, daß in diesem Haus Polen wohnen."

MIEDZY ZBRUCZEM I ODRA (II)

"Wokół po obu stronach drogi - dojrzałe, cieżkie od ziaren, całe łany ozimych zbóz. Nikt tego nie zbiera, bo wszędzie tabliczki z napisami 'miny' [...] Mijamy Gniechowice. Już o zmierzchu dojeżdzamy do jakiegoś majątku. Na dziedzińcu każą się nam wyładowywać. Kobiety protestują, im wcale się tu nie podoba [...] Następnego dni zbieramy się do drogi. Jedziemy dość długo. Wjeżdżamy do wsi, na przydrożnej tablicy - napis 'Krollwitz'. Po polsku nazwa brzmi 'Krolice', w póśniejszym czasie 'Królikowice'. Wjeżdżamy na powórko. Z domu wychodzi zażywny i jegomość w czystych drelichach. Za nim idzie szczupła kobieta, przy niej chłopiec w moim wieku z psem. Małym i kudłatym. On - to własciciel gospodarstwa - studniarz Josef Teisler, ona jego żona Frau Teisler i ich syn Wena. Rozładowujemy się i wnosimy graty na 'górkę' Właściciele zajmują dwa pokoje z kuchnią na dole. W 'naszym oknie' zawieszamy bialoczerwoną flagę. Było to znakiem, że w tym domu mieszkają Polacy.


Zygmunt Sobolewski
 
Repatrianten auf dem Bahnhof Kattowitz-Ellguth
"Repatrianten" auf dem Bahnhof Kattowitz-Ellguth, Juli 1945
"Repatrianci" na dworcu w Katowicach-Ligoncie w Lipcu 1945 r.
 

VON DEN HÜGELN IN DIE TÄLER

Nach der Abfahrt des LKWs kam von oben eine junge Deutsche mit einem Pferdegesicht und fragte mit Gebärden, ob sie das Geschirr aus der Küche holen könne. Mein Bruder, der etwas deutsch verstand, sagte, sie könne alles nehmen. Wir haben eigene Töpfe und Teller [...] Bei dieser Gelegenheit erklärte sie uns, daß die Zimmer leer seien, weil alles, was da war, die Russen aus einem nahegelegenen Gut bei einem Einbruch mitgenommen haben. An der Tür sah man wirklich Spuren eines Einbruchs. Gegen Abend erschienen unsere Eltern mit Kühen [...] Meine Mutter molk sie noch - trotz Müdigkeit. Und da sie sah, daß Manfred und Renate (die Kinder der Deutschen) auf Schritt und Tritt sie geleiteten, goß sie jedem von ihnen einen Becher voll warmer Milch ein [...] Die erste Nacht verbrachten wir wach. Die Tür wurde fest verriegelt, und zur Hand lag eine Axt. Mit der Zeit stellte sich heraus, daß auch die Deutschen vor uns Angst hatten und nach Einbruch der Dunkelheit überhaupt nicht mehr aus ihren Zimmern herauskamen [...] Wir begannen uns umzuschauen, wo man etwas Getreide und Kartoffeln finden könnte. Unser Getreide ging zu Ende. Von Menschen aus Wolhynien haben wir erfahren, daß 10 km entfernt ein verlassenes Dorf liegt und es dort ganze Felder nicht ausgegrabener Kartoffeln gibt [...] Als wir zurück zu Hause waren, sah die junge Deutsche den Wagen voll Kartoffeln und begann sich einzuschmeicheln wie eine Katze. Vater meinte, man müßte ihr etwa so drei Säcke geben. Ich war wütend auf Vater. Bin ich denn ihr Knecht? Wenn sie will, hat sie einen Handwagen und kann doch hinfahren und für sich selbst Kartoffeln ausgraben - das könne sie nicht, weil die Russen sie gleich vergewaltigt hätten [...] Ich habe nachgegeben. Ich habe Säcke mit Kartoffeln gefüllt und sie selbst hinaufgetragen, obwohl mir das gar nicht gefiel und ich mich tief in mir selbst verachtete. [...]"

ZE WZGÓRZ W DOLINY

Po odjeśdzie samochodu z góry zeszła młoda, o końskiej twarzy Niemka i pokazując na migi, zapytała czy może z kuchni zabrać naczynia. Brat, który trochę rozumiał po niemiecku, powiedział, że może brać wszystko. My mamy swoje garnki i talerze. [...] Przy okazji wyjaśniała nam, że pokoje są puste, bo wszystko co w nich było zabrali podczas włamiania 'Russen' z pobliskiego majątku. Rzeczywiście na drzwiach były ślady włamania. Przed wieczorem zjawili się rodzice z krowami. [...] Mama mimo zmęczenia wydoiła je. Widząc nie odstępujących ani na krok Manfreda i Renate (dzieci Niemców), ponalewała im do kubków ciepłego jeszcze mleka [...] Pierszą noc spędziliśmy naczuwaniu. Drzwi mocno zaryglowaliśmy, a w zasięgu ręki leżała siekiera. Z czasem okazało się, że i Niemcy nas się boją i po zapadnięciu zmroku w ogóle nie wychylali nosa ze swoich pokoi [...] Zaczęliśmy się rozglądać gdzie by tu zdobyć trochę zboża i ziemniaków. Nasze zboże już się kończyło. Od wołyniaków dowiedzieliśmy się, że 10 km stąd jest opuszczona wieś i są tam łany nie wykopanych ziemniaków. [...] Po powrocie do domu, młoda Niemka widząc wóz pełen ziemniaków, zaczęła się kręcić i przymilać jak kotka. Ojciec powiedział, że treba będzie jej dać ze trzy worki. Wsciekłem się na ojca. A co to, ja jej parobek? Jak chce, ma wózek, niech jedzie i nakopie sobie. Nie może tam jechać bo Ruski zaraz by ją zgwałcili [...] Ustąpiłem. Nasypałem do worków ziemniaków i sam zaniosłem na górę, chociaż nie było mi w smak i w głębi duszy pogardzałem sobą [...]"


Franciszek Sikorski
 
Repatrianten auf dem Bahnhof Kattowitz-Ellguth
"Repatrianten" auf dem Bahnhof Kattowitz-Ellguth, Juli 1945
"Repatrianci" na dworcu w Katowicach-Ligoncie w Lipcu 1945 r.
 

ERINNERUNGEN EINES CZABAROWERS

"Wir haben einen vom Bürgermeister ausgewiesenen, nicht großen Hof übernommen, in dem eine deutsche Familie von zwei Generationen wohnte: der Wirt mit Frau und einem fünfjährigen Sohn sowie seine alten Eltern. Die Deutschen empfingen uns mit Mißtrauen, aber haben für uns im ersten Stock Zimmer und Küche vorbereitet und ein warmes Bad und Abendbrot [...] Einige Monate lang waren die Deutschen uns gegenüber mißtrauisch, haben uns genau beobachtet und jede Bewegung im Hof überwacht. Eines Tages stieß Vater, als er Heu fürs Vieh holte, auf ein Versteck, in dem ein paar Koffer mit verschiedenen Gegenständen der Wirte versteckt waren. Er hat den Deutschen gebeten, in die Scheune zu kommen und sagte: 'Ich habe eure Sachen gefunden, bitte nehmen Sie sie nach Hause und packen Sie sie aus, weil sie hier verderben können! Wenn Sie noch etwas versteckt haben, nehmen Sie es ruhig nach Hause. Das gehört Ihnen, und niemand von uns wird es Ihnen wegnehmen' [...] Seit diesem Vorfall hatten sie zu uns Vertrauen, das Mißtrauen wurde gebrochen. Nicht alle Polen benahmen sich gegenüber den Deutschen ordentlich. Es gab Fälle, daß Deutsche geschlagen und beraubt wurden und daß man sie mißhandelte. Die Polen meinten, sie sind die Herren und dürfen ungestraft alles tun; die Deutschen seien ihre Untertanen. Zum Glück war dies nicht allgemein üblich. Mit der Zeit entstanden nähere Beziehungen - sogar Freundschaften - vor allem zwischen Kindern und Jugendlichen. Ich kann mich erinnern, daß manche polnischen Kinder, die mit den deutschen spielten, bald das Deutsche so gut beherrschten, daß sie aus Versehen ihre Mütter auf deutsch mit 'Mutti' anredeten, und die Deutschen immer besser das schwierige Polnische verstanden. Die deutschen Mädchen verliebten sich in polnische Jungen, einige von ihnen heirateten sogar und sind bis heute in Polen."

WSPOMNIENIA CZABAROWIAKA

"Zajęliśmy wskazane przez sołtysa nieduże gospodarstwo, w którym mieszkała dwupokoleniowa rodzina niemiecka tzn: gospodarz z żoną i pięcioletnim synkiem oraz jego rodzice w podeszłym wieku. Niemcy przyjęli nas nieufnie, ale przygotowali nam pokój z kuchnią na piętrze, ciepłą kąpiel i kolację. [...] Przez kilka miesięcy Niemcy byli w stosunku do nas nieufni, bacznie nas obserwowali i śledzili każde nasze poruszanie się po gospodarstwie. Pewnego razu ojciec biorąc z zasieku siano dla bydła, natknął się na schowek, w którym było kilka walizek z różnymi przedmiotami właścicieli. Poprosił gospodarza niemieckiego do stodoły i powiedział: - znalazłem wasze przedmioty, proszę je zabrać do domu i rospakować, bo tutaj ulegną zniszczeniu. Jeżeli jeszcze macie coś schowanego, to śmiało możecie zabrać do domu. Jest to wasze i z naszej strony nikt wam tego nie zabierze. [...] Od tego zdarzenia nabrali do nas zaufania, lody nieufności zostały przełamane. Nie wszyscy Polacy zachowywali się w stosunku do Niemców przyzwoicie. Były przypadki bicia, rabowania i znęcania się nad Niemcami. Polacy ci uważali, że są panami i można im robić bezkarnie wszystko, zaś Niemcy są ich podanymi. Na szczęście zjawiska takie nie były powszechne. Z czasem nawiązywały się, szczególnie wśród dzieci i młodzieży bliższe znajomości, a nawet przyjaśnie. Pamiętam, że niektóre polskie dzieci, bawiąc się z niemieckimi szybko opanowały język niemiecki do tego stopnia, że na własne matki, przez zapomnienie, wołały 'Mutti', a dzieci niemieckie w coraz większym stopniu rozumiały trudny język polski. Dziewczęta niemieckie zakochiwały się w polskich chłopcach, a kilka z nich wyszło nawet za mąż za Polaków i są w Polsce do dzisiaj. [...]"


Henryk Ogonowski
 

Alle Zeitzeugenberichte aus: Krystyna Tyszkowska: Das Los der Umsiedler. Aus dem Geschichtswettbewerb "Repatriierte" - die polnische Ansiedlung im Westen und Norden Polens, hrsg. v. Stiftung "Kreisau"für Europäische Verständigung, Wrocław 1993

Wszystkie wspomnienia uczestników zdarzeń z: Krystyna Tyszkowska: Dzieje przesiedlonych, omówienie konkursu "Repatrianci" - osadnictwo polskie na ziemniach zachodnich i północnych, wyd. Fundacja "Krzyżowa" dla Porozumienia Europejskiego, Wrocław 1993

 
Inhaltsverzeichnis

Dieser Text stammt aus dem Austellungskatalog:
"Wach auf mein Herz und denke!" - Zur Geschichte der Beziehungen zwischen Schlesien und Berlin-Brandenburg
"Przebudz się, serce moje, i pomyśl" - Przyczynek do historii stosunków między Śląskiem a Berlinem-Brandenburgia
Hrsg.: Gesellschaft für interregionalen Kulturaustausch - Berlin / Stowarzyszenie Instytut Śląskie - Opole
Berlin-Oppeln 1995, ISBN 3-87466-248-9 sowie ISBN 83-85716-36-X

Valid HTML 4.01 Transitional